
Z kim wam się kojarzy Indianin? Wolny człowiek przemierzający na mustangu prerie Ameryki? Polujący na bizony, strzelający z łuku? Mieszka w tipi. Synonim wolności? Po przeczytaniu tej książki zaczęłam zastanawiać się jak to jest ze mną. Owszem w Polsce ta tematyka nie jest aż tak obecna, jednak warto zweryfikować swoje wyobrażenie o rdzennym mieszkańcu Ameryki.
Książka jest naprawdę mocna i nieraz wymagała ode mnie silnych nerwów, bowiem wywołuje silne emocje. Nie zdawałam sobie sprawy jak wiele wycierpieli rdzenni mieszkańcy w Kanadzie. A gdy cierpienie dotyka dzieci tym bardziej trudno przejść wobec tego zupełnie obojętnie. Książka zajmuje się losem 5 ciu rdzennych mieszkańców Kanady, którzy jako dzieci w latach 40 tych i 50 tych ubiegłego wieku zostali przymusowo odebrani rodzicom i skierowani do tzw. szkół indiańskich prowadzonych przez Kościół katolicki. Doświadczali tam poniżeń, wyszydzeń, fizycznej i seksualnej przemocy. Wraz z osiągnięciem dorosłości zostali po prostu wydaleni ze szkoły i musieli sobie radzić zupełnie sami. Tylko dzięki wzajemnej pomocy i solidarności zdołali odnaleźć się w dorosłym życiu, ale doznania z dzieciństwa miały niestety negatywny wpływ na całe życie, w którym trudno jest się im odnaleźć. Mimo całego smutnego balastu książka niesie w sobie jednak optymizm: dumę z własnego dziedzictwa, solidarność, wzajemne wsparcie. Miejmy nadzieję, że takie wydarzenia już nigdy się nie powtórzą.
Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sonia Drąga.















